OSTATNI RAZ

Znudziło mi się o pani

-stanie w kolejce do twej atencji

Znudziło mi się czekanie

-na twe zainteresowanie

Znudziło mi się modlenie

-o twe łaskawe spojrzenie

To był ostatni raz

Człowiek który za późno zrozumiał

Człowiek który zabić musiał swe najpiękniejsze uczucia

Wyrzekł się swych ważnych pytań

Musiał zrobić to wszystko dla życia

Nie będę więcej o pani

-w twej niestałości szukał miłości

Nie będę więcej pozwalał

-żebyś mnie opętała

Piękno nie daje ci prawa

-robić z człowieka psa

To był ostatni raz

Człowiek który za późno zrozumiał

Człowiek który zabić musiał swe najcenniejsze uczucia

Wyrzekł się swych ważnych pytań

Musiał zrobić to wszystko dla życia

Dla przechodzących

Dziewczyno, która uśmiechnęłaś się do mnie płaczącego

Pamiętam i dziękuję.


Powłóczysta damo

"Chcąc nie chcąc" widziałem, jakaś piękna


Dziewczyno, która śpiewałaś po prostu

w tunelu dworca we Wrzeszczu

Słuchałem Cię.


Życzenia

*Kasi, Marcie, Sebastianowi, Martynie, Robertowi

Jestem bezradny wobec zagadki

Twojego życia, szczęścia i cierpienia

Nie umiem pomóc nawet sobie

Życzę Ci tylko, nieporadnie

Życzę Ci szczęścia i zbawienia

Opowieść pisana na biletach

*Agusi – maj 2010

1. Bukowo Człuchowskie - Gdańsk Główny 22.03.2010 

Krótkimi zdaniami. Zupełnie wolny dzień. Rzecz, która zdarza się rzadko. Dzisiaj wziąłem ją sobie, bo już był dawno czas na drogę. Brakowało mnie tam.

Obudzony bardzo wcześnie, zobaczyłem za oknem rzęsisty deszcz na tle zieleni. Słaby jeszcze w półśnie stwierdziłem, że trudno, nici. Nici deszczu. Albo nić podróży przecięta deszczem. Kilka godzin później obudziłem się na dobre i stwierdziłem kategorycznie, że nie będzie tak. Będzie inaczej, to znaczy pojadę, jak postanowiłem. Choć kawałek.

Na wylocie z Chojnic ulicy Tucholskiej pomyślałem to zdanie już napisane: Trzeciego dnia maja deszcz pada. Śpiewało mi się  

2. Chojnice - Bukowo Człuchowskie 27.03.2010

cicho kilka pieśni, żałowałem, że harmonijka została w Gdańsku. Niedługo jednak, ledwo zdążyłem porządnie zmoknąć, a już minivan z warszawską rejestracją zatrzymał się dla mnie. W szybkiej wymianie niezbędnych zdań nie zrozumiałem, jak daleko z tymi panią i panem pojadę, ale to tylko, że przed Toruniem skręcają. Jak powiedziałem było ich dwoje, nie rozmawiali ze mną z tyłu siedzącym. Nie można mieć wszystkiego.

3. Chojnice - Gdańsk Główny 28.03.2010

Miałem więc za to czas zatopić się w myśli i wrócić na chwilę na gdański bastion Żubr, gdzie siedziałem kilka dni temu z jeszcze jedną osobą pod jasnym niebem w cudownym nastroju tak naszym jak gitary. Tylko na Wisełkę musiałem patrzeć i wieże Chełmna na wysokim brzegu. Miasto to na pewno cudne od bardzo dawna zaniedbuję, zawsze dając mu tylko te spojrzenia z mostu.

Wyskoczyłem w Łysomicach na obwodnicy. Na pasie awaryjnym we krwi mi zagrała radość. Jedynką na Toruń, jak za starych dobrych czasów.

Ruszyłem ze starszym facetem, osobowym, który jechał na Polną. Prawie zawsze kiedy wlatuję z kimś do miasta Torunia, to wypuszczają mnie na Polnej. Tam to znalazłem przystanek miejski i długo myślałem przed rozkładem, bo dawno mnie tu nie było. Na plac Rapackiego zabrał mnie autobus dwunastka, bilet niebieski u kierowcy tańszy jest niż w Gdańsku.

Poszedłem pod łukiem Cezara (tam gdzie do roku 1970 przejeżdżał tramwaj) do starówki, na rynku staromiejskim (trzynasta godzina) akurat obchody dnia tego z wojskiem. Patrzyłem na równy szyk żołnierski i pomyślałem o harcerzach gdańskich, z

4. Chojnice - Gdańsk Główny 10.04.2010

których jedno znam. Wystrzelili potrójną salwę honorową, łuski z brzękiem uderzyły o stary bruk. Moje uczucia były jednakie z uczuciami zebranych wokół patriotów.

Potem przy Koperniku spotkałem małą siostrę i dobry dzień mieliśmy, choć to tylko kilka godzin, bo pociągi dziś jeżdżą jak jeżdżą, a ja muszę jutro najwcześniej być w Gdańsku i kontynuować studiowanie. Jeszcze nie, jeszcze nie.

Autobusem, który leciał na dworzec przez most im.Piłsudskiego (trzeba mi z tego miejsca podziękować siostrze, że miałem bilet tym razem żółty). Na moście patrzyłem ile się dało na Wisełkę płynącą. Pomyślałem zupełnie po raz pierwszy, że kocham tę rzekę: siedzieć nad nią i przejeżdżać i przechodzić. Z moich stron rodzinnych wyjazd za Wisłę to zawsze

5. Bukowo Człuchowskie - Chojnice 07.04.2010

było coś. Dzisiaj szybko mi poszło, ale nie raz brnąłem do tej granicy płynącej po kawałku.

Dalej tunel pod torami i kasa z biletami. Ta opowieść jest pisana na biletach, bo chciałem pisać, a nie mam ze sobą ani plecaka, ani zeszytu (zresztą skończył się już napęczniał nasycił się treścią i zebranymi papierami). Poza tym to pyszna zabawa: opowieść w kawałkach, powieść w rozdziałach, na biletach z portfela rozsiana różnych formatów i kolorów.

Jadąc pierwszym pociągiem stojąc nie byłem pewien, czy zapamiętam zapisać, że w Unisławiu (nie jestem rzeczywiście pewien tej nazwy) troje młodych grało w piłkę zupełnie podwórkowo. A po mojej stronie szyby (i szyny), na korytarzu pociągu elektrycznego widziałem moje jedyne marzenie prawdziwe, jak spełniło się komuś i najzwyczajniej, przepięknie, jedzie drugą klasą. 

6. Gdańsk Wrzeszcz - Chojnice

Potem było kilka Bydgoszczy pośrednich, wreszcie Główna, gdzie posiedzieć przyszło godzinę, ale przynajmniej zjadłem, bo dotąd to było kilka kanapek rano i to tyle. W barze usiadłem w rogu, aby więcej widzieć niż być widzianym. Siedziało w drugim końcu niezbyt szerokiego wnętrza dwoje starszych ludzi, o których nic nie powiem. Wyszedłem mając jeszcze chwilę przed dworzec, aby zobaczyć, jak jest dziś w Bydgoszczy. Teraz jest pociąg drugi (jeszcze stoi), biało-zielony niemiecki wagon (bo to skład Arrivy a nie PR). Muszę powiedzieć, że jego standard może imponować, siedzenia wygodne, nieplastikowe, w głębokim, ciemnym błękicie. Tym to pociągiem wjadę dzisiaj w noc.

***

słychać go

zapowiedział się

światło na końcu torów mnie uwodzi

.

zapowiedź druga

skrzypiący śnieg

iskra papierosa

.

zapowiedź trzecia

wiatr pachnie

trojące światło.
.

.
zaraz się zacznie
.
---


Zdjęcie: Greg Rakozy - Unsplash.com

Rozmowa z Samotnością

PKP Tczew. A dzisiaj mam tu godzinę. Po co ja to wszystko piszę? Czy to „rozmowa bez słowa1” ? Z Samotnością? Chodź, siadaj. Wypij herbaty. Pół mi wystarczy. Nie jest gorąca, ale dobra. Gdzieś ty się podziewała, mała?

Z Trójmiasta wracam. Przez Kościerzynę do Gdyni, noc w kinie w Gdańsku (źle się śpi w kinie kiedy spać się musi, a musiałem). Rano wykłady miałem, potem rysunek. Z kina wyszliśmy po szóstej i zostałem sam w pustym Wrzeszczu, szukałem otwartego przybytku ciepłego jedzenia. Sprawiedliwy pan od drzwi Politechniki wpuścił mnie za szybko, nieprawnie, pozwolił się ogrzać. Potem szukałem jedzenia, ambitnie, ciepłego. Musiałem się zadowolić kawą i ciastkiem w rannej piekarni. Kawy nie lubię, ale nie mogłem paść na zajęciach. Życie, Samotności.

Przywykłem już do sobót w Gdańsku, do tych nie moich sobót, ale nowością i radością było dla mnie pojechać do Gdyni. Zobaczyć chociaż nazwy, hasła, tytuły. Dziemiany Kaszubskie, Wieżyca, Kościerzyna. I kawałek Gdyni, już nie tylko przez okno. Jakiś Anglik2 napisał wiersz "Brookliński most". Swoją drogą, gdyby nie Stachury "Nie brookliński most", nie wiedziałbym o tym, ani ty. Niby daleki jestem od sławienia techniki, tak zwanego postępu i w ogóle ingerencji człowieka w krajobraz, w obraz tej Ziemi nagiej jak ją Pan Bóg stworzył (refren wiersza owego Anglika jest "Brookliński most - to jest dopiero coś!"), ale wrażenie robi na mnie miasto Gdynia, które wyrosło ze splątanej kupy sieci i łódek na plaży w jakieś osiemdziesiąt lat. Jeden z niewielu przypadków, kiedy miasto (miasto!) robi na mnie wrażenie. Zobacz też: Zamość, Kraków, Wrocław. Chojnice, chociaż to już swoiste i bezgranicznie subiektywne. Kończy się herbata, pij mała. W mojej norze staniemy przed dwudziestą pierwszą i ja nie będę miał siły rysować, a ty nie będziesz miała pretensji.

Bo ja to z tych, co wczesnym ciemnym ranem szukają herbaty i czegoś ciepłego do jedzenia. Z tych, co najwcześniej rano zaczynają świadomość. Chodzą w tą i z powrotem po peronie, krążą po dworcu a o pociągu jeszcze nie mają co marzyć. Jestem z tych co za wcześnie ciągną za klamki obiektów publicznych i liczą na kogoś, kto nie powinien wpuszczać o tej porze, że otworzy, pozwoli się ogrzać. Stoją na poboczach z wyciągniętą ręką i mają nadzieję, że ktoś zabierze ich ze sobą kawałek czy dwa. Z tych, co to rano w piekarni albo w spożywczym pytają o herbatę. Herbatę lubią i z reguły mają ją ze sobą, ale bywa inaczej. Ja z tych co czasem w noc wychodzą. I czasem wyciągają rękę w zupełnej ciemności, zuchwale ufnie oczekując dobrego człowieka w mroku. Ja z tych co życia nie znają i dostrzegają w nim dobro, nie wiedząc prawie o tym, co złe. Tak, ja z tych naiwnych. Z tych co żyją pięknie, żyją górnie i durnie. Ja z tych, co czasami wsiadają w pociąg dla tego tylko, że taki istnieje. Tych, którzy żałują, że tam ich jeszcze nie było.

Ja z tych, co im się marzy włóczęga.

Mogłoby już być po Tym Wszystkim, mogłyby nastać najdłuższe wakacje w życiu moim. Powiedziałbym sobie: "ha" i wyszedłbym na drogę. I krążyłbym wzorem latawca po kraju, prawie równie wolnym, jak gdybym z nitki się urwał. Ja, widzisz, nie potrzebuję się urywać. Moja więź nie jest węzłem gordyjskim, moja więź do nikogo nie jest uwiązaniem. Jest czymś więcej. Czymś więcej. Moim wyborem wolnym i moją wolność zachowującym. Stachura przyznał wprawdzie, że nie wie, co to zdanie "w całej swej rozciągłości - w całej swej skrzydlatości oznacza3", ale napisał, że

Wolny ptak jest najwierniejszym stworzeniem świata4

I to, jak ja sądzę, miał na myśli, a może raczej ta myśl miała jego za proroka swego, że wolny ptak wraca, bo chce, jest, bo chce, odchodzi, bo chce. Nie musi niczego, więc jego wierność czemukolwiek, jeśli wierny czemukolwiek jest, jest jego wolą, wo-lą-wol-ną, nie przymusem. Wierność, trwanie i po-wro-ty są jego decyzją i jego radością. Powroty. Zawsze chce się wracać do domu, jeśli ma się dom i jeśli można to-tak nazwać. Jest kilka domów moich na tym świecie i wdzięczność najwdzięczniejsza tym ludziom, bo to ludzie.

Obym nie poznał nigdy odpowiedzi na pytanie co to jest bezdomność. Bo nie mogę tego wiedzieć i chwała za to Bogu. Obym nie poznał nigdy, bezdomność musi być straszliwa, ja to mówię, ja, „dziecko szczęścia”. Mogę się zjawić o każdej porze i przyjmą mnie, jest kilka takich miejsc. Pewien jestem, straszliwe musi być nie-mieć-do-kogo-iść.

„Winny-li niewinny sumienia wyrzut…5

Widziałem kilku takich ludzi. I co ja im powiem, moja mała (i ty masz u mnie dom). Co ja im powiem, jak im spojrzę w oczy, który mam to, co wydawać się im może „wszystkim”, którzy może tego tylko pragną? Dlaczego niektórzy mają kilka domów, podczas gdy niektórzy inni nie mają jednego domu? Co ja im miałbym na to odpowiedzieć?

„Winny-li niewinny sumienia wyrzut.” To wszystko co dla was mam, ludzie bez-ludzi.


1 Tytuł wiersza Adama Ziemianina, który poznałem dzięki Staremu Dobremu Małżeństwu (muz. Krzysztof Myszkowski) – pięknie opisana scena rozmowy przy kawie;

2 Pomyliłem się, „jakiś Anglik” to w rzeczywistości Rosjanin, Władimir Majakowski;

3 Edward Stachura - „Pokocham ją siłą woli”

4 j.w.

5 Edward Stachura - „Jak”

Parę dni tu i tam

Człuchów środek zimy płyną roztopy. Nie sprawdziłem rozkładu, wyszedłem z domu na dziko i tak wyszło. Dojechałem tu stopem godzina pierwsza po południu i mam ponad cztery godziny do pociągu nad morze wiodącego. Wieża zamkowa ogromna zanurzona zupełnie we mgle i na domiar tajemnicy opleciona grubymi coraz cieńszymi konarami gałęziami, gałązkami drzew. Plan na dzisiaj – jechać. Dojechać także, ale nie o to idzie w pierwszej kolejności. Oprócz zamglonego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba. Oprócz szyny szerokiej, oprócz wieży wysokiej. Oprócz kawałka chleba. I pięknie jest. Bardzo wilgotny roztopami śniegu dzień. To wszystko unosi się w górę i wisi w górze ciężką gęstą mgłą magiczną. Magiczną. To bardzo nieuchwytna rzecz jest, opisana tym słowem, lekka bardzo. Rozumie mnie, kto potrafi sobie we mgle takiej wśród drzew na tle wieży tej ceglanej czarną gotycką suknię wyobrazić i kobietę, ale nie wschodu. Kobietę północy być może. Teraz jeszcze jedną mgłę magiczną wzniesie w górę nalewana herbata.

Kolejna herbata to już kawiarnia przy rynku. Miła spokojna. Dobre są miejsca gdzie w taki jednak zimny dzień można usiąść w cieple i spokoju. Pociągi z takich miejsc są najlepsze. Najbardziej lubię te bardzo poranne. Że ich ciepło włączone przed albo częściej po odjeździe bywa pierwszym ciepłem tego dnia. Jakeśmy całą noc z jedną osobą wędrowali po Chojnicach i dzięki jej z tego miejsca, z tego krzesła. To miałem piąta z minutami pociąg do domu.

Dziękowałem dzisiaj Bogu, za tę Polskę, jaka jest. Że właśnie tutaj ja żyję. Wielu postuka się w głowę. A mi idzie o to, że w każdym mieście tutaj są kościoły. W każdej miejscowości jest krzyż. Wszystkie one zachęcają do modlitwy, i czasem ktoś przyjdzie ot, tak. Pomówić pobyć z. I chwała Bogu za to, że nie jest tu jak na zachodzie, widziałem kościół, w którym nikt nie klękał. W którym wszyscy rozmawiali, nikt nie odsłaniał głowy, jeden gumę żuł. To było muzeum. Myśl do Boga w tym kościele nie była na porządku dziennym. To był Wiedeń, ale chyba niestety więcej jest takich miejsc, gdzie już ludzie nie tęsknią za Bogiem, albo i tęsknią, bo może nie można nie tęsknić za miłością doskonałą i bezwarunkową, ale nie okazują żadnej tęsknoty, nie wiedzą, co z tym zrobić. W naszym kraju przed moim narodzeniem było tak, że naród tęsknił za Bogiem, wiedział, że Go potrzebuje, wołał. Wyraził to znakomitym swoim wierszem Stanisław Barańczak („NN próbuje sobie przypomnieć słowa modlitwy”), wyraziła to budowa kościoła „Arka Pana” w Nowej Hucie, w samym środku socjalistycznego założenia, „postępowej dzielnicy”, gdzie radzieccy inżynierowie planowali mury, kominy, piece, bloki, ale nie planowali Boga.

W moim kraju wtedy cuda się działy na pewno. I naród tęsknił za Bogiem i Bóg tęsknił za narodem. Król z narodem, naród z Królem. O tyle o ile umiał. A w innych miejscach świata tego? W podobno prawie zupełnie już ateistycznej Francji, gdzie skądinąd najpiękniejsze zjawiskowe katedry gotyk pozostawił? Czy ktoś w nich za Nim tęskni? Woła? Czy za parę lat zaczną je burzyć i stawiać biurowce? Nie takie rzeczy już widział ten świat. Cieszę się więc z tej Polski, jaka jest. Pora lecie

Nie wiem dlaczego nie dokończyłem słowa, ale stało się tak, i ta prawda maleńka szczegółowa niech będzie tu. Ruszyliśmy z Człuchowa „ekspresem do Szczecinka”, lokomotywa zaopatrzona w jeden malutki wagonik. W którym my. Ja i moja gitara (z którą się chyba na dobre i na złe tak zwane zostanie naturalnie, bo jak jest ze mną w drodze to znaczy to dla mnie wiele) i reszta podróżnych. Dziewczyna po przekątnej z słuchawkami, muzyką, którą stąd słyszę, więc głośną, na szczęście niezłą gitarową. Kogoś mi przypomina, więc nic już o niej nie powiem, tylko popatrzę. Kogoś mi przypomina, a czy ktoś przypomina mnie sobie przez kogoś albo po prostu? Oby. Oby ktoś o kim teraz myślę pamiętał o mnie. Bo ja nie zapomnę i nie chcę, bo to moje skarby są. Bo to mój skarbiec jest: pamięć. Depozyt. A bogactwem moim ten bilet i parę groszy i pociąg ten i gitara ta i plecak i słońce, okrągłe koloru złotego o tej porze, piękniejsze od złotej monety i wszystkiego, co by za nią można mieć.

Dalej mgła. Świat zamglony pięknie. Powietrze mleczne niech żyje.

Szczecinek. Bar przy poczekalni w domu dworcowym. Ile razy żałowałem, że w Chojnicach te przestrzenie puste i zamknięte. Poczekalnię otworzą czasem, śpi w niej wtedy kilku ludzi a rano wyrzuca wszystkich pani, która sprząta. A tu można być, w Szczecinku. A do pociągu pół godziny. A pouczę się francuskiego.

Osobowy Poznań – Kołobrzeg. Śliczny. Nie wolno wychylać się przez okno, bo pan konduktor przyjdzie i nakrzyczy – klaruje mama Filipkowi. Filipek mówi – ojoj, ojoj. Nie ma żartów1. Śliczny więc. W kolorach plaży i morza, z prądem, długi, w środku zupełnie jak trójmiejska SKM-ka. I ciepło w nim aż miło.

Na tym trzecim peronie stał inny pociąg, do Runowa, jak głosili nieznajomy człowiek i kartka za szybą. To Runowo to jakaś zagadka. Szukałem go na mojej mapie, są trzy, ale do żadnego sensowne niedalekie szyny nie prowadzą. Kojarzy się nazwa z całym Pomorzem Zachodnim, bo tu są takie: Mostowo, Manowo, Darłowo, Maszewo, Daszewo... Albo inna seria nazw: Świeszyno, Gościno, Karlino, Mrzeżyno. I nadal nie widać Runowa.

18:40, piękny czas, jeszcze godzina jazdy w tym znakomitym pociągu.

Białogard. Już wiem co jest z Runowem. To na pewno jest taka stacja kolejowa, której nie ma na mapie drogowej. Węzeł kolejowy myślę. Mała miejscowość, ale ważna. Jak Wierzchucin, Jabłonowo Pomorskie, Laskowice Pomorskie, może też Lipusz. Na pierwszy rzut oka nie wiadomo na przykład, dlaczego pociąg jedzie akurat do Wierzchucina. A tam na miejscu po prostu skrzyżowanie szyn i możliwości z tym związane. Tak chyba i Runowo, człowiek po drugiej stronie głośnika powiedział Runowo jako stację gdzieś między Łobezem a Szczecinem. Tak sobie myślę.

Kołobrzeg. Tu w powietrzu szumi morze, w centrum miasta. Wieczór już. Siedzę czekam na komunikację na schodach w bramie pod ozdobnym portalem – zwornik łuku rzeźbiony misternie. Pora wstać i czujnie stać w zimnym powietrzu, przystanek jest na żądanie. Autostop śródmiejski.


Kawiarnia na obrzeżach rynku. Pyszna kawa cynamonowa, bo dzisiaj wielki dzień. Widok na dach (na połać dachu) katedry. Gotyk ceglany to nie jest spełnienie marzeń (wspomnijmy Notre-Dame de Paris, wspomnijmy Wells), ale w swojej klasie ta świątynia jest piękna. Pięcionawowa, o ile dwóch najbardziej zewnętrznych naw nie należy uznać za jakieś pozorne, piszę z pamięci, jak wejdę znów o tym pomyślę. Ogromne witraże w ogromnych oknach. Laskowanie skromne, ale ile można zrobić z cegły. Prezbiterium w apsydzie, niższej od głównej nawy.

Wieczór niedzielny. „Otwieram wino ze swoją dziewczyną2”. Gitarą czerwoną przepiękną. „Kadarkę” czerwoną półsłodką.


Herbaciarnia kołobrzeska. Przeczytałem ogłoszenie plakat o wystawie zdjęć połączonej z promocją jakiejś poezji jakiejś pani. To trzeba będzie zobaczyć. Wczoraj obchodziłem katedrę, dzisiaj obejdę całe miasto. Wszystko inne. I nad Morze wreszcie, nad które się nie chce (wybacz, Morze!), bo zimno i wieje i duje już tu w zabudowaniach. Ale pójdę. Herbata żurawina z truskawką. Delikatnie tylko kwaśna żurawiną, więcej ma słodkiej truskawki. Prawidłowo. A gra piosenka francuska Edith Piaf – „Milord”.

Dwa dni tu to chyba w sam raz. „Dzisiaj tu, jutro tam3”. Muszę to dziś sobie zagrać – odświeżyć. W oryginale Leonard Cohen, a na polski przełożył świetny w tej robocie Maciej Zembaty. Że wspomnę „Tańcz mnie po miłości kres”, czyli „Dance me to the end of love”, szerzej na pewno znane w oryginale, albo Hallelujah4 :

Tak się starałem, ale cóż

Dotykam tylko, zamiast czuć

Lecz mówię prawdę, nie chcę was oszukać

I chociaż wszystko poszło źle

Przed Panem Pieśni stawię się

Na ustach mając tylko

Alleluja”

Wyspa Solna, Port, Latarnia, Koszalińska. I chyba tyle tego miasta, z tego co mi wiadomo. Jutro pierwszym pociągiem, bo kocham pierwsze pociągi.

Wyspa Solna. Piknik nad Parsętą. Czekolada banan herbata. Pogadajmy.

Byłem na tej Koszalińskiej na samym końcu miasta, ale okazuje się panie Poezja i Fotografia (która ma na drugie Poezja) są jeszcze dalej. Aż w Podczelu. Później może zajadę tam autobusem. Byłem więc na samym wylocie na Koszalin i Poznań. Już mnie ciągnęło, już chciało coś we mnie wylecieć właśnie, do Poznania lub gdziekolwiek, bo to tylko miejsce, ale droga. Moja droga. Żałuję bardzo, że nie mam dobrego znajomego w Poznaniu i nie mam gdzie tam się zatrzymać5. Bo jest zima, zimą z nocą nie ma żartów.

Mnóstwo mew tu i kaczek. Jak ja zazdroszczę im, one poradzą latać, pływać i chodzić. Jak słusznie zapytał Maciej Balcar grając „Indianera6

czemu ja nie umiem latać?”

Nie wyjechałem jednak z tego miasta. Nie mam ze sobą gitary – i nie byłem jeszcze na latarni morskiej, wieży wysokiej. Zimno wygania mnie stąd. W marszu cieplej.

Byłem jednak w Podczelu, pięć kilometrów za miastem w kierunku Koszalina, aby zobaczyć wystawę poezji i fotografii, która ma na drugie poezja. Wiersze trudne kobiece i piękne zdjęcia. Niewiele zrozumiałem, nie mam się za znawcę słowa. Zapamiętałem zdjęcie starego stylowego wózka dziecięcego i słowa

Sierota do późnej starości pozostanie dzieckiem swoich dzieci, dzieckiem współmałżonka i swoim własnym dzieckiem7

Przepraszam Autorkę za ignorancję interpunkcji, nie zapamiętałem jej, a słowa te są ważne z jakichś powodów. Wróciłem stopem do centrum. Chwyciłem białego Volkswagena, chłopak w robocie był. Kładą kostkę brukową na Koszalińskiej. Mówi teraz są w Kołobrzegu, ale jadą tam, gdzie jest robota, mówi w całej Polsce wszędzie robili. Więc i tak można podróżować, przy okazji kostki brukowej, krawężnika i zieleni miejskiej. Dziewięciu chłopa w ten samochód wchodzi.

Rano droga na południe. Na północ niezupełnie można, szyny nie trzymają się dobrze na piasku.

Dzisiaj tu, jutro tam

Każda radość krótko trwa

Dobrze z sobą było nam

Więc śpiewajmy dzisiaj tu a jutro tam 3


Krwotok wewnętrzny

Im więcej przeszedłem
Mam otwarte serce
Bierze piękno
W końcu pęknie
Wolno będzie się wylewać
Słodko mi będzie umierać

Na piasku dzikiej plaży w ciemności chodził jeden wariat i powtarzał

- Jesteś piękne.

Autor zdjęcia: Lukas Robertson - Unsplash.com
Autor zdjęcia: Lukas Robertson - Unsplash.com

1 Pisałem ten dialog tak po prostu, takim, jaki był, ale dzisiaj chcę go skomentować – dziwi mnie uspokajanie dzieci przez rodziców z wykorzystaniem „autorytetu” z zewnątrz, konduktora, policjanta czy jeszcze kogo. Może to doraźnie ułatwia „poradzenie sobie” z dzieckiem, ale z boku to wygląda tak, jakby autorytet rodziców nie działał, tak mi się wydaje. A jeśli by tak było, no to niedobrze.

2 Otwieram wino” - sł. i muz. Jarosław Marek „Sidney” Polak

3 „Passing Thru”, sł. i muz. Leonard Cohen; tłumaczenie: Maciej Karpiński, Maciej Zembaty

4 Hallelujah” (pol. „Alleluja”), sł. i muz. Leonard Cohen, tłumaczenie: Maciej Zembaty

5 Już mam, już mam.

6 Scena z filmu „Skazany na bluesa”, reż. Jan Kidawa-Błoński

7 Autorki niestety nie zapamiętałem; nie zgadzam się z kategorycznością tych słów „pozostanie”, uważam, że w wielkiej mierze od sieroty zależy, kim sierota się stanie w dorosłym życiu (tak zresztą nie tylko w przypadku sierot, ale w ogóle: dorastających ludzi). Autorka dała mi jednak wówczas do myślenia, więc przekazuję Jej słowa dalej, do dalszego myślenia.

Chłopcy wybierają miecze

Zacząłem od kawy. Chcę opowiedzieć o tym, jak zapamiętałem Poznań ale próbowałem się zatrzymać najpierw, tak jak w czwartek rano, kiedy już mogłem iść poznawać to nowe miasto, ale jeszcze poszedłem na kawę. Dzisiaj próbowałem niezdarnie zatrzymać się nad kawą, tak jak robi to moja matka. Odkąd pamiętam, mama pije kawę właściwie siedząc nieruchomo, jak mi się zdaje, ciesząc się chwilą – i kawą. Trudno mi zdobyć się na taką chwilę, taki spokój. W wyobraźni, z pamięci widzę mamę przy oknie i przy dużym stole naszym, który robi się teraz za mały, kiedy przyjedziemy – siostra i ja, z rodzinami naszymi. W mojej pamięci mama siedzi tam pojedyncza, ale ja też musiałem się kręcić po domu, skoro taki obraz pamiętam. Może to obraz z moich czasów liceum a może jeszcze starszy.

Ja próbowałem dzisiaj powstrzymać się jeszcze na chwilę od pisania, może po to, żeby „odsiać” z mojego „Poznania” trochę tego, co można beztrosko porzucić, zachować dla siebie, może po to, żeby przekazać i napisać to, co najlepsze, najważniejsze, jak esencja w kawie.

Poznań kojarzył mi się z dzieciństwa z grami wideo. Z całą „jaskinią” gier wideo, wydrążoną odnogą tunelu pod peronami głównego dworca. Nie jestem pewien, czy do niej kiedykolwiek wszedłem, czy tylko raz czy dwa ją minąłem, przesiadając się na inny pociąg, jeszcze pod opieką rodziców. Na pewno chciałem tam wejść i Poznań kojarzył mi się z automatem do gry, z symulatorem wyścigów samochodowych: fotelem, kierownicą, dużym ekranem wciągającym śmiałka na tor, na linię startu. Podobają mi się takie gry, pociągają mnie i dlatego wiele razy później, mając przesiadkę w Poznaniu, szukałem tego miejsca, ale to już zupełnie inny dworzec, wiele przejść, nowy budynek i może ta „jaskinia” gdzieś tam jest, a może została zastąpiona innym biznesem. Przypomniałem sobie ostatnio film „Doskonały świat”1 i postanowiłem pozwolić sobie na taką zabawę, nakarmić tego chłopca we mnie wrażeniami z wyścigu. Pierwsze co zrobiłem po kawie, to znalazłem w galerii handlowej na najwyższym piętrze taki automat, usiadłem za kierownicą i dałem z siebie wszystko. Najłatwiejszą trasę skończyłem kilka razy na szarym końcu, ale jak raz spróbowałem nieco trudniejszą, to byłem na mecie w środku stawki. Zjeżdżałem schodami ruchomymi na dół zadowolony, nacieszony, reszta dnia i miasta mogła mnie zaskakiwać.

Siedziałem lekko schowany za pomnikiem konnym ułana, kiedy młoda kobieta robiła zdjęcie dziecku – małemu chłopcu, ustawionemu przed tym pomnikiem. Miał w ręku zabawkowy miecz i wymachiwał nim, utrudniał dobre ujęcie. Pomyślałem wtedy, że chłopcy wybierają miecze. Później na Starym Rynku widziałem takich chłopców jeszcze więcej, uzbrojonych w plastikowe i drewniane ostrza.

„Ilu rodziców na próżno próbowało zabraniać małemu Timmy’emu bawić się pistoletami? Dajcie spokój. Jeśli nie kupicie mu broni, zrobi ją sobie z czegokolwiek, co będzie miał pod ręką. Moi chłopcy przeżuwają grzanki i z nich lepią pistolety przy kuchennym stole. Każdy patyk albo ułamana gałąź jest dzidą, albo, lepiej, bazooką. Bez względu na to, co mówią współcześni pedagodzy, nie jest to zaburzenie psychiczne wszczepione przez serwującą przemoc telewizję ani brak równowagi chemicznej. Agresja jest częścią męskiego przeznaczenia, jesteśmy do niej >>podłączeni stałym łączem<<. Twierdząc, że mężczyzna został stworzony na obraz Boga, postarajmy się także nie zapominać, że >>Pan wojownikiem, Pan jest imię Jego<< (Wj 15, 3).”2

Na Starym Rynku w zwykły czwartek około południa było mnóstwo ludzi: wycieczki szkolne, wycieczki starsze, przewodnicy ich, kelnerzy obsługujący stoliki na zewnątrz kawiarni i restauracji… Próbowałem nie zamartwiać się tym, że nie dam rady poznać i opowiedzieć wszystkiego, próbowałem wziąć tylko troszkę. Obszedłem Rynek wzdłuż zewnętrznych ścian, to jest pierzei – złączonych frontowych ścian kolejnych kamienic, oglądałem je i miałem wrażenie, że każda fasada domu to osobna opowieść. Można by je uważnie oglądać i odczytywać, próbować zrozumieć symbole, alegorie na malowidłach rzeźbach, tłumaczyć łacińskie słowa, interpretować, dochodzić… I pogłębiać te studia w Internecie, przewodnikach, archiwach, książkach o historii miasta, Polski i świata, w całym łacińskim kodzie kulturowym. Na przykład na jednej z kamienic, której styl skojarzył mi się słusznie lub nie z czasem Młodej Polski, początkiem wieku XX, wymalowano portrety znanych Polaków: Mikołaja Kopernika, Marii Curie-Skłodowskiej, Śniadeckich i Staszica. Na innej ukazano portrety kolejnych twórców dzieł naszej kultury łacińskiej – Homera, Wergiliusza, Dantego i Szekspira z czaszką w ręce. Dlaczego z czaszką? Ano właśnie. A ileż historii na tych ścianach-obrazach jeszcze trudniej byłoby odczytać i zrozumieć… Nie będę w nie wchodził, ale pokażę kilka zdjęć.

Nie wiem dlaczego na tym rynku ustawiono budynki nie tylko w czworoboku, ale również na środku placu – między nimi powstały wąskie przejścia. Jest tam między innymi renesansowy ratusz, budynek wagi miejskiej czy odwachu – siedziby pierwszej „straży miejskiej”. Podobnie jest w Chełmnie – krąży się tam po rynku wokół ratusza, podobnie jest też we Wrocławiu i Krakowie. W Poznaniu na środku rynku zwracają uwagę tak zwane „domki budników” - skromniejsze kamienice, domy rzemieślników, którzy na parterze mieli swoje zakłady. Są węższe i niższe niż zamykające plac domy patrycjuszy, te na których wymalowano i wyrzeźbiono tyle opowieści, są za to niezwykle kolorowe, pomalowane na „żywe”, śmiałe barwy. Szczególnie spodobały mi się kolory: ciemnoczerwony - taki w kierunku soku z jagód, oliwkowy – trawiasty, taki stonowany zielony oraz brudnożółty, może żółto-zielony? Taki jak bardzo sprany i wyblakły namiot.

Od tych wrażeń barwnych i zgiełku Rynku można było odpocząć wspaniale w bardzo spokojnym zaułku tuż za rogiem. Zielono pomalowany pasaż z arkadami, długi i zadziwiająco spokojny po gwarze śródmiejskim. Zza uchylonych drzwi sklepu z winylami płynie chyba klasyczna muzyka, skrzypcowa, nie przeszkadza.

W Poznaniu i w Wielkopolsce dzisiejszej jest pamiętane zapomniane polskie Powstanie. To, które ja najbardziej chcę pamiętać i o którym chcę tutaj choć wspomnieć: Powstanie Wielkopolskie 1918-1919. Jego muzeum, mieszczące się w budynku odwachu na rynku, zwróciło moją uwagę czerwonymi proporcami z białym orłem i prowokowało tym widokiem, żeby wejść, poznać, chociaż nie spodziewałem się stamtąd wynieść żadnej poezji. Wahałem się trochę, ale wiedziałem, że tę historię chcę znać. Warto ją znać. Otóż, słuchajcie, z tego co wiem, chociaż Powstanie „wybuchło” po przyjeździe i mowie Paderewskiego (ludzie stali na placu, stali na dachach tramwajów i stali na konarach drzew), do tego „wybuchu” w Wielkopolsce wielu ludzi i wiele miejsc było po prostu p r z y g o t o w a n y c h . Słyszałem o tym, że dzwoniono z Poznania na prowincję, dajmy na to do Szamotuł, i mówiono: „Nie należy dłużej czekać.” I dalej wiadomo było, co robić. To uważam za wielki sukces Polaków tu mieszkających, za triumf ich zamiłowania do porządku, porządek jest dobry! „Kupą, mości panowie!”3 ? Nie radzę. „Każdy wiatrak myśli, że grunt skrzydłami machać, a wiesz Michałku czemu? Bo ma plewy pod dachem, alias w głowie. Sztuka wojenna także na fortelach polega.”4 Z tego co wiem, do udziału w Powstaniu przygotowywano się także na Pomorzu, jednak zrezygnowano z próby zajęcia go zbrojnie, ponieważ garnizony niemieckie w tym rejonie uznano za zbyt silne. Polacy z Pomorza dostawali się jednak do Wielkopolski i zasilali Powstanie. Dowódcy nie wysłali ich lekkomyślnie w kierunku morza, wyobrażam sobie, że musieli ujarzmiać ich zapał. „Korytarz” pomorski i tak włączono do Polski, pokojowo, na mocy traktatu wersalskiego. Gorące polskie serca i chłodne głowy!

Dalej, czego dowiedziałem się już w muzeum, Wielkopolanie dbali w czasach zaborów o swój język polski. Odróżniali się przez pozdrowienie „Szczęść Boże!”, lub „Niech będzie pochwalony” zamiast „Guten Tag!”, nawet w latach, kiedy władze niemieckie usiłowały podporządkować sobie Kościół katolicki w państwie i usuwały język polski ze szkół i urzędów. Poza tym przyszli Powstańcy Wielkopolscy w większości wyszkolili się, służąc w wojsku niemieckim, bo tylko takie w Poznańskiem wówczas być mogło! U schyłku I wojny światowej potrafili walczyć, bo nauczyli się tego od swoich przyszłych przeciwników, pewnie często wcieleni do armii przymusowo. Do tego mogli dobrze wiedzieć, jak działa niemieckie wojsko, czego się po nim spodziewać. Wykorzystali to, co dali im sami Niemcy, użyli swoich atutów.

O tym, właśnie o tym, niech uczą dzieci polscy rodzice i polska szkoła. Kolejność ustaliłem świadomie, drodzy rodzice. Państwowa szkoła ma wszystkiego uczyć? Nawet jeśli zostawicie jej swoje dzieci, nie uzupełniając w niczym ich nauki, ciesząc się w gruncie rzeczy, że macie je gdzie „przechować”, nie zdejmuje to z was odpowiedzialności za ich wychowanie, naprawdę nie. We mnie państwowa szkoła w latach „zerowych” wpajała „euroentuzjazm”. Żałuję dzisiaj, że nie słyszałem od rodziców wówczas komentarza do tych „nauk”. Może nawet im ten entuzjazm wówczas się udzielił, ale według mojej pamięci ze szkoły niestety wypływała narracja jednostronna: Unia jest projektem bez wad. Co powiecie o tym dzisiaj?

...

Woda płytkiego stawu w środku parku Cytadela. Jest taka spokojna… leciutko faluje, jakby płynie w moją stronę, przez co załamują się odbicia drzew i krzewów na tafli wody, w lustrze wody, ale jest tak bardzo spokojna. Tak jej zazdroszczę tego głębokiego spokoju, tak pragnę i chcę i szukam głębokiego spokoju… w sobie, w moim wnętrzu. Dobrze wiedzieć, że w przyrodzie taki spokój istnieje.

...


1 Amerykański film o chłopcu i mężczyźnie z 1993 roku, scenariusz: John Lee Hancock reżyseria: Clint Eastwood, w głównych rolach Kevin Costner, T.J. Lowther i Clint Eastwood

2 John Eldredge, „Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy”; Przywołany fragment z Księgi Wyjścia wg Biblii Tysiąclecia brzmi: „Pan, mocarz wojny, Jahwe jest imię Jego.”

3 Henryk Sienkiewicz, „Potop” - zawołanie Wołodyjowskiego, przerobione dzisiaj raczej na powiedzenie określające nierozsądne, chaotyczne działanie oparte na przekonaniu, że liczna grupa musi być silna. Albo wręcz, że „jakoś to będzie”.

4 Tamże, wypowiedź Zagłoby


Nagrania: https://anchor.fm/micha-paczek